Gdy ktoś na nabrzeżu mówi „poczułem jacht", najczęściej opisuje właśnie Pershinga. To marka z jednym, absolutnie klarownym DNA: prędkość, design, emocje. Należy do Ferretti Group od 2000 roku, ale produkowana jest w Forlì i ma własny, odrębny charakter — nieco bardziej niszowy, bardziej „dla zaangażowanych" niż reszta holdingu.
Pershing robi otwarte i półotwarte jachty z napędami powierzchniowymi lub wałowymi, które na wodzie zachowują się jak sportowe samochody — i tyle samo od Ciebie wymagają. To nie jacht na spokojny obiad z rodziną. Albo rozumiesz, o co chodzi, albo nie — i to jest w porządku.
Dla kogo Pershing
Dla kogoś, kto wie, że płynie szybko i tego chce. Dla kogoś, dla kogo 40 węzłów to przyjemność, a nie problem. Pershing nie jest tanią propozycją — prędkość kosztuje i to podwójnie: w cenie zakupu i w kosztach paliwa. Ale nie ma drugiego jachtu tej klasy, który da Ci takie emocje z otwartym morzem.
Na co uważać
Napędy powierzchniowe to precyzyjna mechanika — wymagają regularnego serwisu i doświadczonego mechanika. Przy zakupie egzemplarza używanego koniecznie sprawdź stan gondoli, wałów i łopat śrub. To elementy, które przy zaniedbaniu kosztują. Zużycie paliwa na pełnych obrotach bywa szokujące — Pershing GTX 70 na 40 węzłach może spalać ponad 400 l/h. To nie jest zarzut, to warunek umowy.
Klient, który wraca po raz drugi po Pershinga, jest wierny tej marce na całe życie. Klient, który kupił Pershinga zamiast flybridge'a, bo „tak wyglądało ładnie na showroomie" — często żałuje. Pershing wymaga świadomości. — Tomasz Wrzesiński, broker jachtowy, Monaco